4.01.2014, Fanling, Hong Kong
Piszemy tego posta, bo jutro wjeżdżamy do Chin i prawdopodobnie będzie ciężko z internetem. Tradycyjnie przekroczenie granicy Chin to nie taka prosta sprawa i trzeba wsiąść do autobusu. Do tego nie wycelowaliśmy z datami na wizie wietnamskiej (a jest ważna od konkretnej daty) i musieliśmy trochę przeczekać w HK, żeby nie wjechać do Chin za wcześnie. Na Szczęście HK to nie tylko wielkie miasto, a także zielony półwysep wielkością zbliżony do powiatu wągrowieckiego. Z samego centrum, gdzie koniecznie zrobiliśmy sobie fotkę z pomnikiem Bruce'a Lee, podjeliśmy się szalonej próby wyjechania rowerem poza tereny miejskie, bez dokładnej mapy. Niestety Hong Kong to już nie Japonia, gdzie nawet w centrum Tokio udawało nam się przemieszczać po chodniku i to z przyczepą, a już bardziej Chiny w dodatku z wysokimi górkami i bez chodników. Ostatecznie po czterdziestu kilku kilometach i kilku dobrych godzinach jazdy, powiodło się, a to dzięki dokładnemu atlasowi dróg Hong Kongu, który dostaliśmy od sympatycznego przechodnia. Zmęczni gwarem miasta odnajdujemy maleńki płaski skrawek ziemi pod górą Kowloon Peak, na którym rozbijamy namiot i padamy jak zabici. Nad ranem budzi nas słońce grzejące namot, śpiew ptaków i miły zapach zwrotnikowego lasu. Po surowej Japonii czujemy się tu jak na wakacjach. Przez zawirowania wizowe mamy aż pięć dni na przejechanie kilkudziesięciu kilometrów, a więc mnóstwo czasu na spanie, zwiedzanie zakątków Nowych Terytoriów, wchodzenie na pagórki i wyspy tutejszego geoparku i relaks na łonie przyrody. A w dodatku jest tak ciepło, że kurtki chowamy głęboko w sakwach i jedziemy tylko w koszulkach! |
Aktualności >


