2.06.2014, Padang, Sumatra, Indonezja
Meldujemy się z największego miasta Sumatry Zachodniej. Na wschodzie przemierzaliśmy ogromne połacie upraw palmy olejowej, minęliśmy kilka większych miast i dziesiątki małych wiosek. Kilka dni temu udało nam się przekroczyć równik! Przechodzi akurat przez wysokie pasmo górskie oddzielające wschód Sumatry od zachodu, a ukryty jest gdzieś w gęstej tropikalnej dżunglii. Jechaliśmy z włączonym GPSem, żeby go nie przeoczyć. Równik oznaczony był jedynie czerwono-białą kulką bez żadnego opisu, ustawioną nieco na północ od prawdziwego środka Ziemi (pewnie nie było GPSów jak ją stawiali). Po drodze spotykamy profesjonalną indonezyjską grupę cyklistów, którzy też jadą do Padangu, ale nieco inną droga więc wymieniamy telefony i spotykamy się z nimi następnego dnia w mieście. Poznajemy Afifa, który organizuje nam aż trzy noclegi, w tym jeden w szkole razem z resztą załogi rowerowej. Wybieramy się w niedzielę na wycieczkę po mieście, wieczorem jemy wspólny obiadek (w Indonezji nie używa się sztućców), a rano całą górę durianów (słowo durian wywołuje okrzyki radości, owoc uwielbiany przez wszystkich). Słowem bardzo miły weekend. Indonezyjczycy są weseli, nieco dziecinni, szczerzy i nigdy się nie spieszą. Początkowo nawet nas to wkurzało, na przykład gdy jadąc słyszymy częste "hello mister", czy samo "mister", gdy długo czekaliśmy na swoją porcję w knajpce, albo chcąc kupić bilet na prom mijaliśmy armię krzykaczy przywołujących klientów do swoich okienek. Jedziemy dzisiaj w stronę ładnego wulkanicznego jeziorka. O noclegi się nie martwimy, bo tubylcy są chętni do pomocy, przenocują w swoim domu, kanciapie albo pod daszkiem. Sumatra jest fajna, czuć swojski klimat, trochę jak nad rosyjskim Bajkałem. Zagranicznych turystów nie ma prawie wcale, a są góry, wulkany i miasteczka z oryginalną architekturą. Szkoda, że musimy już wracać! |
Aktualności >




