15.05.2013, Kercz, Ukraina To już ostatni post z Ukrainy. Jutro wsiadamy na prom i przepływamy do Rosji. Żal nam, że musimy już stąd wyjechać i oddalić się od morza. Żal nam nawet górek, które dałly nam się we znaki ale umilały jazdę pięknym krajobrazem. Z Jałty ruszyliśmy dalej wzdłuż południowego wybrzeża Krymu, mimo ojcowskiej rady Siergieja, by tę drogę ominąć. Jednak nic nas nie mogło powstrzymać, gdy już zasmakowaliśmy tych pięknych widoków i chcemy wiecej. Wyjeżdżamy jak zwykle za późno, bo po wypisaniu miliona kartek Inka gubi czapkę i długo szukamy nowej i przy okazji nowej torebki, bo stara się już poprzecierała. Z Jałty pełzniemy wolniutko pod górkę. Nasze nosy chroni przed słońcem specjalna plastikowa osłonka, którą dostaliśmy od Siergieja, martwiącego się o stan naszej skóry. Po drodze zjeżdżamy do słynnego Nikitińskiego ogrodu botanicznego, znanego z bardzo starych okazów drzew, m.in. 1000-letniej pistacji. Ogród jest bardzo ładny, na przejście całego najlepiej zarezerwować sobie czas od rana do wieczora. Słońce pali, choć nosów nie udaje mu się dosięgnąć, chyba tylko w momentach, gdy ściągamy osłonki i zagadujemy do napotkanych ludzi. Widok plastikowego nosa jest dla nich zbyt przerazajacy. Nie przejeżdżamy nawet 50km. Następnego dnia zrywamy się z samego rana, by nadrobić stracone kilometry. Już na pierwszym zjeździe (wyjątkowo długim i stromym) zapala nam się hamulec! I wcale nie jest to wesołe, rower wpada w mały poślizg, bo tylne koło przestało się kręcić. Wymieniamy co trzeba, ale od tej chwili boimy się rozpędzać na zjazdach i hamujemy więcej przodem niż tyłem. W Ałuszcie droga główna odbija na Symferopol, mniejsza zaś prowadzi wzdłuż wybrzeża, przez Góry Krymskie, które schodzą wprost do wody, pozostawiając niewiele miejsca na miasta. O planowanych wcześniej 80km nie było w ogóle mowy. Droga wije się to wznosząc, to opadając, bardzo krętymi i stromymi serpentynami. Nie ma się co łudzić, że na następnym zjeździe będzie upragnione miasto (sklepy spożywcze!), bo będzie najwcześniej za piątą górką. Droga jest malownicza i bardzo nieznacznie użytkowana przez turystów, którzy zapuszczają się tu jedynie na rowerach. Robi się duszno i chmury schodzą nieco poniżej szczytów, widoczki przypominają nam nieco amazońską dżunglę. Góry porośnięte są drzewami, najczęściej są to dęby, które przyjmują tu formę krzaczastą, ze względu na ciężki klimat. Poza tym rosną żywotniki, które w polskich warunkach to co najwyżej żywopłoty. Tu natomiast są to pokaźne drzewa z grubym pniem. Podobno przed wiekami Krym był bezleśny, a las który tu rośnie został posadzony z rozkazu cara. Przy jednej z dróg napotykamy dwie klacze ze źrebakami u boku. Te bardzo ochoczo do nas podbiegają. Okazuje się że to zwykłe przydrożne objadacze turystów. Zachęcone rzuconym jabłkiem, pchają się pyskiem w nasz koszyk z jedzeniem i zjadają nam wszystkie jajka, które kupiliśmy na kolację. Musimy więc jechać dalej i szukać sklepu, bo na samą kaszę nie mamy ochoty. Następnego dnia stajemy przy nadmorskim kurorcie, by się trochę powylegiwać i pokąpać. Zamiast piasku pod nogami chrzęszczą małe czarne kamienie. Unoszące się w wodzie przy brzegu duże meduzy rozgarniamy rękami i pływamy po wielkich falach, które podnoszą nas wysoko. Szkoda tylko, ze wodą taka zimna. Dojeżdżamy nad ładną zatoczkę z dużym klifem, w miejscowości Koktebel. Morze jest tu turkusowe. Wybieramy odpowiednią półkę na namiot i smażymy jajka, mając widok jak z katalogu biura podróży. Na plaży leżą oczywiście kamienie i ani jednej połamanej muszelki. Przypadkiem odkrywamy, że wszystkie skrywa klif, z którego wraz z osypującą się ziemią wypadają duże muszle, które szumią do ucha. Zjeżdżamy z gór już na dobre. Przed nami znowu suchy step i wielkie przestrzenie. Skręcamy z dużej drogi na Kercz, na mniejszą drogę prowadzącą nad morze Azowskie. Wiatr pcha nas w plecy, pędzimy jak nigdy. Zajeżdżamy do Szczołkina, by zobaczyć ruiny niedokończonej elektrowni atomowej. Budowa została przerwana ze względu na katastrofę w Czarnobylu i nigdy nie została dokończona. Obecnie budynki rozbierane są przez miejscowych złomiarzy. Z daleka świeci bielą osuszony zbiornik wodny, który miał chłodzić reaktory. Szczołkino to młode miasto zbudowane dla budowniczych i pracowników elektrowni, obecnie kurort turystyczny. My jednak chcemy rozbić się na plaży. Według mapy w każdym miejscu można odbić z drogi prowadzącej wzdłuż morskiego brzegu. W rzeczywistości plażę od drogi oddziela szeroki pas młaków poprzecinanych kanałami, nie do przebycia. Zaczynają nas gryźć komary, a grunt pod kołami się rozluźnia i nie pozostaje nic innego jak pchanie roweru z nadzieją na jakiś pomost na plażę. Dopiero po godzinie pchania znajdujemy przejście przy bazie turystycznej. Komary bzyczą, a z domków całą noc przygrywają nam weselne hity, których melodia do złudzenia przypomina te polskie. Do Kerczu stąd już tylko 50km. Po drodze spada na nas deszcz, pierwszy odkąd wyjechaliśmy z Polski. Kercz to miasto zasługujące na więcej dni, my poświęcamy mu tylko pół. To jedno z najstarszych miast na świecie (założone ponad 2500 lat temu). Przecinały się tu ważne szlaki handlowe, w tym ten sławny Jedwabny. W samym centrum odwiedzamy ruiny greckiej kolonii, na górze Mithridat. Wiele z niej tkwi cały czas pod ziemią, a część ze starych cegieł wykorzystana zostala do budowy współczesnych budynków. Z góry widać port, kerczeńską twierdzę, kurchany, a także kościół z VII wieku! Czyli jeszcze sprzed podziału chrześcijaństwa na Wschodnie i Zachodnie. Za miastem znajduje się także błotny wulkan, jedno z niewielu takich miejsc na świecie. Niestety odwiedzenie tego miejsca musimy odłożyć na następny raz. Z pewnością na Krym należałoby poświęcić więcej czasu, ale musimy się spieszyć, by zdążyć przed chłodami w Irkucku. |
Aktualności >






