13.12.2013, Kioto, Japonia Kioto zatrzymuje nas na dłużej, bo aż na trzy dni, które spedzamy w domowym ciepełku u Shigeru. Zatrzymało nas oczekiwanie na odbiór wizy chińskiej, którą organizowaliśmy w Osace (odbywa się to bez problemu, co nie jest takie oczywiste). Jak do niego trafiliśmy? Z wyspy Shikoku pędzimy w kierunku Osaki. Musimy zdążyć na 7. grudnia na travel party, by spotkać się z naszym japońskim znajomym, rowerowym podróżnikiem, prawdziwym wygą i naszym guru - Daisuke Nakanishim. Kilka lat temu zakończył rowerową podóż dookoła świata, która trwała aż 11 lat. Olo swojego czasu tłumaczył jego stronę www na polski i korespondeował długo z Daisuke przez internet. Z Shikoku płyniemy na Honsiu promem. Planowaliśmy przejechać kilometrową cieśninę mostem, ale był zakaz ruchu rowerowego, więc musimy się cofnąć do portu i wydać dużo kasy na promowy bilet. Pod tym samym mostem z zakazem znajduje się dość duża atrakcja turystyczna - potężne wodne wiry (wiry Naruto), czwarte na świecie pod względem szybkości obrotów. Prędkość (do 20km/h) jest tak duża, że słychać świst powietrza, a średnica dochodzi do 20m. Tworzą się dlatego, że cieśnina łącząca Ocean Spokojny i wewnętrzne morze jest bardzo wąska i głęboka po środku dna. Szkoda tylko, że widać je jedynie poczas kilku godzin pomiędzy przypływem i odpływem, gdy wody jest najwięcej. Nie przejmujemy się jednak, bo znależliśmy super miejsce biwakowe, z widokiem jak z katalogu, no i w końcu pierwszy raz w życiu moczymy nogi w Oceanie Spokojnym! Pływać nie próbujemy, bo wiry i zimno. Dotarliśmy nad Ocean Spokojny.
Na prom wsiadamy rano, juz całkiem bez stresu, bo to nasz czwarty rejs. W Japonii panuje duży porządek i po kupieniu biletu (tym razem nie widzieliśmy żadnej dodatkowej opłaty za rower, a tymbardziej za motocykl) ustawiamy się na odpowiedni pas jezdni z numerem. Obok nas same tiry i samochody. Wjeżdzamy na końcu i parkujemy z boku pokładu, gdzie już czeka obsługa z linami do przytwierdzenia roweru i klinami pod koła. Rejs trwa dosyć długo, bo płyniemy w inne miejsce, niż byśmy zajechali mostem. Jak pisaliśmy przy okazji poprzedniego rejsu, miejsca dla pasażerów to pusta przestrzeń z matami, gdzie można ułożyć się w pozycji dowolnej (ci starsi mogą siąść na fotelach). Osaka to trzecie największe miasto w Japonii. Generalnie zabudowania ciągną sie bez końca, a granica miasta jest tylko na mapie. Wydaje nam się, że równie dobrze mogłoby istnieć tylko jedno miasto - Honsiu. Z uczestnikami travel party, Shigeru w zielonej kurtce, Daisuke z plecakiem po z prawej.
Otrzymujemy sporą pomoc, bo możemy sie zatrzymać w Osace na dwa dni w hostelu Orange Guest House za darmo, bo właściciele to przemili organizatorzy imprezy - Kenji i Saira. Tandemu nie widać, bo mogliśmy zaparkować w środku.
Poznajemy też naszego gospodarza z Kioto - Shigeru, który zaprasza nas do swojego domu. Shigeru upodobał sobie Grenlandię północną i zna polskiego polarnika - Norberta Pokorskiego. Tematy zimowe bardzo podobają się Ince. Sami mieliśmy taki szalony plan spłynąć zimą z Wągrowca do Bałtyku, ale Warta zamarzła więc spływ zakończył się w Obornikach. W Osace spędzamy dwa przemiłe dni. Zdejmujemy ciężką przyczepę, która swoją drogą znowu wymaga spawania i robimy kilka lekkich przejażdżek po mieście. Pierwsza z samym Daisuke. Tandem nie jeździ szybko, ale nie jest to problemem, bo i tak ulice usłane są sygnalizacją świetlną i nawet jak nie ma takiej potrzeby, więcej świeci się na czerwono niż odwrotnie i Daisuke nie ma szans nam uciec. Właśnie tu na liczniku wybija trzynaście tysięcy przejechanych kilometrów i robimy takie oto zdjęcie: W hostelu smażymy sobie górę naleśników, by w końcu wypełnić nasze żołądki do pełna, bo japońskie jedzenie nie służy do najadania, a do smakowania, więc nie uspokaja naszych wiecznie burczących brzuchów. Naleśnikowe party zgotowaliśmy sobie zaraz po japońskim takoyaki party. Takoyaki to potrawa rodem z Osaki. Wymaga specjalnego naczynia i dużego nakładu pracy. Efektem końcowym są maleńkie kulki ciasta z farszem, które macza się, jak wszystko tutaj, w sosie sojowym. Przygotowanie trwa chyba z dwie godziny. Smakuje jako tako;-) Kioto zdecydowanie zasługuje na osobny post, który dodamy juz wkrótce! |
Aktualności >







