06.08.2013, Irkuck, Rosja Trasa do Irkucka zaskakuje nas brakiem stromych podjazdów, przed którymi straszyli nas miejscowi. Droga wije się przez lasy i polany, na których rosną miliony poziomek, które Sybiracy sprzedają na wiadra. Nie kupujemy, ale sami zbieramy ich ogromną ilość. Są słodko cierpkie w smaku, ale ich główną zaletą jest ilość. Na przemian gryzą nas komary, meszki i szare muchy (takie długie i wąskie). Napotykamy najgorsze 5km jakie nam się przydarzyło na rowerowej drodze z Polski. Zniknął asfalt (obok budowali nową drogę, może będzie gotowa już za rok) i pojawił się stromy podjazd. W tumanie pyłu, który wzniecały jadące tiry, w palącym słońcu, z chmarą gryzących szarych much na plecach, których nie możemy zabić, bo zaciskamy mocno ręce na kierownicy. Powoli wspinamy się do góry. Koła często kręcą się w miejscu, bo jest bardzo stromo, a pod nami małe kamyczki. A jednak udało się i to bez pchania roweru! Mimo że wszyscy dookoła doradzaja by być bardzo ostroznym, to poki co napotykamy samych miłych ludzi i trafiają się miłe sytuacje. Nie przepuszczamy tu żadnej rzeczki, czy jeziora. Wszystkie są czyste i można się wykąpać. Nad jedną dostajemy szaszłyka od rodzinki grillującej na brzegu. Ktoś inny daje pomidorki, koper i cebulę z ogródka. Pod sklepem pan wrzuca nam do koszyka puszkę z miesem i szybko ucieka, ledwo zdążyliśmy podziękować. Tego samego dnia wieczorem inny pan dorzuca jeszcze dwie czekolady. Rozbijamy się nad wielką rzekę Briusa i zażywamy cłodnej kąpieli w zadziwiająco czystej wodzie. Olo zmienia koła w przyczepce z 16- na 24-szprychowe. Kupiliśmy je na targu u handlarza motocykli. Jego kolega ze stoiska obok targował się za nas. Udało się zejść z ceny o 20zł, które wydajemy w knajpie zaraz obok na pelmienie, czyli uszka z mięsem. Zamówiliśmy "sybirskie", podali z keczupem i majonezem. Skręcamy do Tajszetu, gdzie na samym wjeździe stoi klatka z niedźwiedziem! Ma chyba przyciągać klientów do knajpy stojącej obok. Podobno misie chodzą tu po ulicach, bo tworzona jest nowa tama na rzece i woda zalewa ich terytoria. Pod sklepem w którym nabywamy części zapasowe do przyczepki, spotykamy Dimę i Jelenę. Zaintrygował ich nasz rower i sposób łączenia go z przyczepką, który Dima obiecuje usprawnić. Nie jedziemy już tego dnia dalej. Odpoczywamy w ich domu, jemy pyszny obiad, zażywamy bani (z pareniem czyli brzozową miotełką do biczowania), a mocowanie przyczepki zastąpione jest elementem z wału kardana! Następne dni spędzamy u ciekawych ludzi, u których nocleg zalatwił nam Dima. Między innymi u Polaka, pana Stanisława Grodeckiego. Żona pana Stacha to miejscowa artystka, haftuje, maluje i stroi podwórko różnym rękodziełem. Dni zrobiły się duszne, cały dzień unosi się mgła, jak w tropikach. Leje nam się pot z rękawów, a i tak udaje się pokonywać duże dystanse. Może dlatego, że tak nas straszyli dużymi podjazdami tak się mobilizujemy. Kolejny tysiąc przejechany, już siódmy! Bajkał tuż tuż. Już zdążyliśmy zajechać do Irkucka, zwanego Paryżem Syberii. Miasto faktycznie wyróżnia się spośrod innych rosyjskich miast na naszej drodze i faktycznie ma jakąś historię. Sporo tu pięknych drewnianych budynków, niestety w większości w opłakanym stanie. Na szczęście lokalne władze zauważyły potencjał tradycyjnej architektury i najciekawsze z domków zostały odrestaurowane i umieszczone w kwartale 130, w centrum miasta. Irkuck nie jest duży (mniej mieszkańców niz Poznań), ale ciężko się po nim poruszać, nie wszędzie można dojść pieszo, a krzyżówki są jakieś takie pokręcone. Zatrzymujemy się tu na parę dni w Katolickiej Katedrze, gdzie będziemy czekać na parę rowerowych podróżników z Inowrocławia - Cecylię i Piotrka (link do ich strony w zakładce 'lubimy ich'). |
Aktualności >


